wyciągasz ze mnie drzazgi po całym dniu
w lesie. robisz to pod światło, które drży od napięcia.
miłość ma u nas kolor miedzianego drutu.
jest przewodzeniem, prądem, który idzie
nisko, tam
gdzie korzenie szukają wilgoci.
kładziesz dłoń na moim karku – to miejsce
pamięta nasze ucieczki.
czuję jak coś skręca ostro
wzdłuż kręgosłupa.
nie mówmy o wieczności. mówmy o tym,
że rano trzeba będzie rąbać drewno,
a twoje palce pachną jeszcze dymem
i mrozem, który osiadł na progu.
jesteśmy dla siebie schronem z ubitej gleby.
bezpieczni, póki bije w nas ten sam
ciemny, zwierzęcy rytm.