moje miasto
nie potrzebuje nazwy
w dzień udaje zwykłe życie
okna
rozkład jazdy
kartkę z napisem zamknięte
po zmroku
zdejmuje z ulic ludzkie ślady
i układa je w bramach
żeby sprawdzić
komu jeszcze drży powrót
domy tutaj nie zasypiają
stoją cicho
ciepłe od środka
jak zwierzęta
w za ciasnych kagańcach
na klatkach schodowych
czasem oddycha ktoś
kto wyszedł po papierosy
i po trochę lepsze życie
a potem nie trafił
z powrotem do siebie
pies szczeka
w puste miejsce
ono odpowiada mu
cienkim gwizdem
spod rynny
kałuża
nie pokazuje twarzy
pokazuje drogę
ominiętą kiedyś
a potem noszoną
pod żebrem
to miasto
umie przestawiać ulice
rano idę tą samą stroną
a mijam siebie
młodszego
z oczami jeszcze otwartymi
na wszystkie wyjścia
stoi pod bramą
nieświadomy
że z domu można wracać latami
patrzy
i pyta bez głosu
czy warto było dorosnąć
nie odpowiadam
z kominów
zsuwają się ptaki
czarne od cudzych pieców
siadają na dachach
i czytają mój cień
zanim zdążę się odezwać
latarnia pochyla się nisko
nie świeci
sprawdza
czy została twarz
czy tylko nazwisko
przyuczone do milczenia
wtedy rozumiem
to nie ja mieszkam tutaj
to ono
od lat
przesuwa bramy pod żebrami
liczy moje powroty
otwiera noc
zawsze w tym samym miejscu
i wpuszcza do środka
jak kogoś
kto dawno umarł
ale nadal
śni
po tej samej stronie miasta