słońce schodzi nisko
jakby chciało przeprosić za upalny dzień
a cienie rosną
dłuższe od naszych planów
i od walizek stojących obok
na drugim piętrze
ktoś ćwiczy chopina
i wciąż myli ten sam takt
błąd spada na bruk
łagodny
bardziej ludzki
niż chłodne posągi w muzeum
gołębie podrywają się nagle
szary skrzydlaty pył
unosi się nad ulicą
jak krótkie zaklęcie
myślimy o miastach
których już nie ma
o lwowie
o drezdeńskim ogniu
o bibliotekach
które zmieniły się w popiół
a jednak trwamy
z mokrymi od upału dłońmi
przy stoliku chwiejnym jak wiara w jutro
i prosimy o coś do picia
jakby samo pragnienie było dowodem
że świat jeszcze drży
jest pęknięty
to prawda
ale w szczelinach rośnie trawa
i wraca muzyka
nieporadna
uparta
patrzymy uważnie
bo tylko uwaga
może nas ocalić
przed cichą nicością
czającą się w cieniu katedry