przez mokre szyby terminalu
świat wygląda
jak niedokończony węglowy szkic
stalowe kadłuby maszyn
cierpliwe jak wieloryby
czekają na sygnał
by znów oszukać grawitację
ciężar walizek
w których niesiemy
nieprzeczytane książki
i zapach pożegnań
jest w tym
surowa jasność
w tym jak krople deszczu
kreślą na szkle
ulotne mapy
nieistniejących archipelagów
w tym jak zmęczony podróżny
poprawia krawat
jakby szykował się
do zamknięcia drzwi
choć czeka go tylko
taksówka
i chłodny hotelowy pokój
w pustych korytarzach
w przestojach między komunikatami
w językach
których nikt tu nie rozumie do końca
świat zwalnia
jak orkiestra przed pierwszym taktem
właśnie tam
między jednym a drugim lotem
w szczelinie
między obowiązkiem a snem
dotyka nas coś cichego
świat
obcy
bolesny
i mimo wszystko
nasz