pukasz w szkło
ciekłym alfabetem
obcym dla światła
na szybie zostają
srebrne blizny
po drodze z góry
nie prosisz o wstęp
wystarcza
niebo zbyt ciasne dla chmur
gdzie byłeś
szepczę
gdy kropla się łamie
odpowiadasz
mokrym żaglem
rozpiętym nad miastem
tuż przed ciszą
zanim w rynnach
wymienisz milczenie
na drobne
mówisz o suchości
ugrzęzłej w gardle
o liściach
wdeptanych w glebę
zwracasz się do gliny
pijesz jej cierpliwość
bez wyznania
ona po tobie
nie musi się tłumaczyć
kiedy milkniesz
zostaje zapach
nagiego chłodu
rozmowa się kończy
odchodzisz na palcach
zostawiając mokry świat
na moich dłoniach