zostały tylko posrebrzane sztućce
zdarłem resztki wyczerpanej łyżeczki
ślubny prezent od wujostwa Kwasigrochów
ogień w piecu dogasał śpiewając kołysankę
zwęglonych jasnozielonych drzewców
dopchnąłem rdzewiejącym pogrzebaczem
ucichli idealnym trafieniem w potylicę
wichura wstrząsała spróchniałymi okiennicami
sowa wyraźnie krzyczała „przyjdź, przyjdź”
Marysia nie wracała kilka godzin z wygódki
pies wpatrywał się na mnie dziko ujadając
wyraźnie zauważyłem coś między jego uszami
wystraszony zatłukłem go tępą motyką
wypatrywałem Marysi
leżała przy stodole w kałuży krwi
zauważyłem uciekającego chochoła
błysk zakrwawionej siekiery
pożółkłe krzywe zębiska
wczoraj tylko prosiłem stój tutaj
chroń moje różane krzewy