Nagle przyjaciel sztylet w plecy wbija,
nawet powieka, nie mrugnęła przy tym.
Czasy zazdrości- gdzie moja rodzina?
Pieniądz zagościł, świat miłości niszczy.
Snują się ludzie, po chodnikach- ślepi,
głośne sygnały w głuchych telefonach,
wpatrzone oczy, ekran przecież świeci,
nieważny człowiek — leży obok- kona.
Siedzę nad rzeką, słyszę trele ptaków,
słońce nagrzewa przybladłe policzki,
przystań spokoju jakby strażnik czasu,
chroni błogości skrzydłami miękkimi.
Pewnie nie żyję zbyt piękny krajobraz,
to tylko wybór — zdążymy się spotkać.