mówili że dom rośnie z desek
lecz fundamenty to ślady stóp ojca
wracał z pola a ziemia pod paznokciami
— czarny pergamin
matka prała ciszę w balii
wirującej jak globus bez nazw
my liczyliśmy słoiki
bursztyn kiszonej kapusty
rubinowe buraki
— każdy zakręcony na głód
co szeleścił za szybą
jak niedzielna gazeta
lipcowe siano pachniało potłuczonym szkłem
kosiarka zawodziła już-nie-wołaj-już
a dziadek gubił litery w modlitewniku
zastępował amen plamą tytoniu
wieczność — zasuszonym płatkiem maku
gdy odeszli dom stał się księgą
z rozdartymi stronami
szuflady pełne guzików bez oczu
łóżka — tratwy zakurzonego oceanu
w kredensie — cukier sprzed potopu
kryształ słodszy niż milczenie
dziś noszę w kieszeni groch z ich ogrodu
rytmicznie kiełkuje warkotem traktorów
śmieją się że kopię pod asfaltem
jak pies szukający boskich kości
wiem
ziemia wzdycha przez pęknięcia w betonie
— każdy oddech to abecadło
które układam z pokruszonego węgla