Deski dudnią pod stopami jak książki spadające na podłogę,
półki wyginają się pod milczącym ciężarem.
Słońce przez witraż pyli się nad encyklopedią z ’56,
gdzie „miłość” tłumaczy się przez „ofiarę” i „wrzeciono”.
Staruszka w swetrze ceruje „Pana Tadeusza” igłą,
w szwach lądują ostatnie gruszki z pękniętego Soplicowa –
jej okulary łapią światło, jak dwie małe rzeki,
a klej z tuby pachnie jak szkolna ławka w lipcu.
Chłopak w kapturze ryje w komiksowych marginesach
ślad, który mówi: zostawiłem tu cień paznokcia –
w jego kieszeni srebrny klucz do piwnicy
gdzieś zgubił ząb, gdy próbował otworzyć niebo.
Pod schodami zakochana para ukryta za „Historią filozofii”
dzieli się jabłkiem. Sok kapie na twarde Imperatywy,
śmieją się cicho, jakby Bóg nie czytał.
W kącie automat do kawy mieli ziarna na ulotny pył,
czekoladowy napój smakuje jak przedsmak końca wakacji.
Gdy zamykają drzwi, strażnik gasi światło fala po fali,
księżyc zagląda przez okno, by przeczytać tytuły.
Mroczne tomy pełzną po ścianach, szepcząc:
Jeszcze jedna noc, a może oczy staną się oknami,
przez które przejdziemy, by napisać się od nowa.