głosy odbijają się od bruku jak pociski
rozpryskują nic w kałużach
tną sny przechodniów na szkło
noc rozlicza ulice jak stary pies
wsiąka w szyby skleja powieki
krople na krawężnikach
to już nie deszcz
lecz ślepe westchnienia
światło w oknach mruga alfabetem Morse’a –
jedno: śpij
drugie: czuwaj
kroki w pustym pokoju
rwą ciszę jak zwłókniałe płótno
powietrze pachnie spaloną izolacją
i strachem bez kształtu –
wisi pod skórą jak zardzewiały haczyk
można uciekać można czekać
miasto rozchyli żebra niczym pułapkę
i wyciśnie owoc
aż po ostatni błysk w źrenicach