Wieczór wtulił się w futro z sadzy,
na wahadle starego zegara drzemie.
Madame do filiżanek nalała atramentu:
„Pijcie – to eliksir na pamięć”.
Goście w maskach żuli szepty o latach,
które nawet nie śniły się mapom.
Pajęczyny – złotem pamięci ciężkie –
wrastały w poręcze foteli jak korzenie.
Pianino w kącie ziewało otwartym pudłem,
a nad kominkiem płakał farbą portret:
mężczyzna, który nigdy nie istniał.
Wtedy uniosła kielich z cieniem w środku,
głowę przechyliła w stronę wieczności
i uśmiechnęła się na ostro –
jak koty, gdy już wiedzą,
że noc jest jedynym bogiem.