W cieniu wież, gdzie szept staje się psalmem,
przez witraże krwawiące purpurą,
spływają modlitwy po mokrym sklepieniu.
Na białej mensie kielich martwej hostii
drży jak dłonie Boga w pierwotnej ciszy.
Kadzidło dusi anielskie płuca,
kamienne skrzydła osypują się w proch.
Przy wypalonych stopniach do ołtarza
grzechy ludzi kiełkują ku niebu.
Czas zwalnia. Poruszona świeca gaśnie,
a nad nawą dzwon łka na wietrze.
Między krużgankiem a prezbiterium
w każdym krzyżu – cierń,
na każdej ikonie – pęknięcie.
Stoję jak pielgrzym wsłuchany w głos,
gdzie przestrzeń spowiła łaskę.
Niebo to nie tylko ślepe gwiazdy,
lecz iskra, gdy światło z prochu się rodzi.
Ogień w nas płynie zamiast krwi,
a kolejny oddech wybija
Amen.
Okruch chleba
ziemi i niebiosom.