Jest we mnie miejsce, dokąd nie sięgam
jak komnata bez drzwi, gdzie światło leży nieruchomo.
Nie z zewnątrz, lecz z wnętrza się żarzy
niczym dusza śniąca siebie w Bogu.
Czasem słyszę — nie uchem, lecz tłem
jak coś w środku oddycha, nie prosząc o nic
jakby miłość była nie pytaniem
ale sposobem istnienia.
Nagie drzewa wiedzą więcej ode mnie
nie pytają o sens pór roku
a ja pełen pęknięć
uczę się milczeć, by nie zniknąć.
Wszystko, co boli, przemienia się w kształt
którego nie umiem nazwać, lecz noszę.
Może na tym właśnie polega łaska
że nie trzeba rozumieć
by być przemienionym.