Merkury – ta kulka gorąca
tocząca się po podłodze ze snu.
Wenus – lustro, w którym przegląda się
matka, zanim powiedziała „kocham”.
Ziemia – oczywiście – ta z pęknięciem
przez które wyciekają nazwy rzeczy:
„dom”, „rzeka”, „ptak” –
a potem długo szukasz ich w ciemności.
Mars – czerwona lampka nad łóżkiem
gdy budzisz się z okrzykiem.
(To nie alarm, tylko wspomnienie
krzesła przewróconego w pośpiechu).
A Jowisz? Saturn? Nie, te są za ciężkie –
nosimy tylko wewnętrzne układy słoneczne
mieszczące się w dłoniach
złożonych jak do modlitwy
której nikt nie nauczył nas
od początku.