brudnymi rękami po łokcie
wykradam ciasto prosto z blachy
niech cieknie mi po brodzie
ten wasz lukier ten smar
wyśmieję się – gardłem zdartym o bruk
językiem który milczenie
przegryzł na pół
żyły jak druty
nie do heroiny
lecz napięte z bólu
słów codziennie
drapiących oczy z waty
kto powiedział że cierpienie
musi być piękne?
paznokcie połamane
ale wczepiam się
w brzeg waszego stołu
i jem
wszyscy modlą się
do nadziei w sukience
a moja nadzieja
to suka
która gryzie rękę
ale nie ucieka
bo zna smak głodu
jeszcze stoję mocno w przełyku
jeszcze nie jestem pomyłką
choć wszyscy święci szarpią
na zielono na czerwono
i zmuszają mnie
do żerowania na odpadach
tych spod powieki
ssania brudu między palcami
żyję
i nie przeproszę
za mój oddech
za to że jest
zbyt głośny
zbyt ostry
zbyt
jeszcze zjem ten świat
nawet z puszki
na klatce schodowej
a resztki
wypluję wam
prosto w oczy