najpierw zaczęło się od ścian
nie tyle że znikały
raczej przerzedzały się jak liście późną jesienią
aż pewnego ranka
przez ich pajęczynę
prześwitywał tylko wiatr
z kuchni widziałem sad
potem sąsiadów rozmawiających pod płotem
jakby nie było tynku ani cegły
tylko echo dawnego muru
jeszcze nieświadome
że przestało istnieć
później podłogi
chodziło się po drewnie
trzeszczącym już nie pod stopami
lecz w innym wymiarze dźwięku
gdzie głos nie miał źródła
czasem stawałem w progu
i nie byłem pewien czy jeszcze istnieję
krzesła pamiętały moje pierwsze słowa
i śmiech matki gdy spadła łyżeczka
ale milczały dyskretnie
jakby bały się
że wspomnienia też się rozproszą
czasem przychodził kot
przemijał obok stołu jak przez mgłę
a ja zastanawiałem się
czy jeszcze mnie widzi
czy tylko omija pustkę po mnie
też stawałem się coraz bardziej rozrzedzony
składałem się z ruchu oczu oddechu
niewyraźnych gestów
które zostawiały ślady
tylko w rozchwianym powietrzu
w szafie wisiała marynarka wuja
tego który odszedł zanim zdążyłem go poznać
teraz zdawało się że to ona mnie pamięta
a ja byłem już tylko cieniem
w jej wewnętrznych kieszeniach
przyszedł ktoś z papierami
powiedział to już nie dom
tylko miejsce po domu
chciałem zaprotestować
ale moje słowa rozpuściły się w świetle
jak cukier w herbacie
nie wiem
czy to ja patrzę w głąb domu
czy dom patrzy przeze mnie
gdy światło tka szkielet
a w jego oczach
topnieje każdy kształt
którym byłem