są dni gdy wstanie z łóżka
jest lądowaniem na obcej planecie
gdzie powietrze gęstnieje od nieobecności
patrzę na ścianę
szukam jednego punktu
nie całkiem wyblakłego
może to cień przy listwie
guzik trzymający się nitki
albo fakt że płuca
wciąż przepuszczają światło
choć oddycham przez zmiętą folię
nie mów mi o czasie
niczym ślepy chirurg
zakłada szwy na oczy
wolę dotykać powoli
zanurzyć ręce w wodzie
poczuć jak zimne szkło
wżera się w opuszki
nawet jeśli za nim mgła
mam w sobie nitkę
którą podtrzymuję krtanią
drżącą strunę w próżni
ale nie pęka
przeciągnięta przez chłodną noc
wciąż szepcze
kolejny dzień
nie musisz być bohaterem
nie musisz czuć się dobrze
wystarczy że istniejesz
to jest moja rewolucja
nie barykady płonące
ale ta nić
wiążąca mnie z życiem
ostatnia pępowina
od której nie chcę być odcięty