Kategorie
Post

Półprzezroczystość torów

Mój Ojciec, postać z bocznego toru,
zawsze w ciemnym, nie do zapamiętania,
istniał głównie w po – po dzwonku, po zmianie.
Przed zmianą było za wcześnie, w szumie stali.

Jego dłoń nie była dłonią, była mapą,
z bruzdami szorstkimi jak piasek pod podkładami.
Każda mówiła: tak, pociąg przyjedzie.
I przyjeżdżał. To był jego dowód.

Miał w sobie metaliczny spokój,
jak ktoś, kto wie, ile ton waży cel.
Nie budował mostów, utrzymywał je,
ciągle był między ruchem a upadkiem.

W domu siadał, a powietrze obok stygnęło,
pachniało siecią trakcyjną, długą drogą.
Wzrok błądził tam, gdzie horyzont
zamienia się w szyny, gdzie ziemia
zaczyna mówić kątem i prostą.

Wszystko, co zarabiał, miało w sobie prędkość.
Pieniądze pachniały pośpiechem,
choć wpadały do portfela powoli,
jakby odrywane od torów we mgle,
w które wzrok wpada na zawsze.

Czasem, gdy spał, w oddechu
brzmiało regularne stukanie kół.
A my, dzieci, byliśmy jego stacją,
małą, jedyną, gdzie można wysiąść
i być po prostu, bez biletu i pośpiechu.

Patrzyliśmy na niego, na ten cichy dowód,
że świat porusza się, nawet gdy zastyga,
i że za tym ruchem stoi ktoś,
kto pozwala, by szyny były żywsze
niż cała reszta tego, co widać.