mgła ta blada mgła
snuję się po ulicach
otula witryny
a cienie milczą
jakby czekały na sygnał z radia
w kawiarniach drżą filiżanki
gazety chłoną światło
i drobne katastrofy
kurs walut
zwolnienia
zdrady
przed świtem
dzień jest przesądzony
wszystko się wydarzyło
w głowach wciąż śpiących
z otwartymi ustami
pani ciurdasiowa poprawia firanki
na piętrze rozbrzmiewa gama
aż nadto czysta
nie na ten wiek
w powietrzu
zapach przypalonego chleba
i ambicji dawno po terminie
z oddali słychać kroki
stopy spieszą na spotkanie
szukają formuły odkupienia
w rachunkach za prąd
i drobnych przelewach
nagle śmieję się w głos
bez powodu
jakbym sobie przypomniał życie
czy to wszystko
czy ten spokój to nasz koniec
nasza wersja pustyni
gdzie pytanie o sens wraca
a cisza udaje odpowiedź
daj nam panie
choćby protokół
albo porządek
i czyste frazesy
może każda poezja
jest tylko powrotem
na dnie szklanki — osad
na zewnątrz — piątek rano
to wystarczy