proszę mi wybaczyć
że nie mam zdania
w kwestii początku i końca
moje oczy z przeciętną soczewką
wolą to co pod ręką
okruch chleba udający planetę
mrówkę bez wiedzy o niedzieli
wszechświat podobno nieskończony
zmęczony swoją wielkością
odpoczywa w tle
jak aktor po zbyt długiej premierze
a ja cenię wygodę
że guziki pasują do dziurek
że lewy but rzadko szuka prawego
i odwrotnie — bez sprzeciwu i ambicji
wielka ulga nie być bogiem
nie pamiętać naraz każdego liścia
mieć prawo do drzemki
pomyłki w rachunkach
zgubienia kluczy do kosmosu
drzewo milczy wytrwale
jakby znało odpowiedź
lecz zbyt dobrze wychowane
nie wchodzi w słowo
cieszę się z krótkiej wizyty
że nie jestem dębem ani kwasem solnym
choć oba stany brzmią zachęcająco
na swój sposób
jestem zmarszczką na skórze
spóźnionym przechodniem
biegnącym na pociąg
którego nie ma w rozkładzie
i może właśnie dlatego
najłatwiej go dogonić