wstaje świt
szary i chłodny
jak cynowy talerz
na parkingach stygną silniki
małe piece niepewnej ery
wszyscy jeszcze śpią
oprócz gołębi
i strażników nocnych zmian
patrzę na pęknięcie w tynku starej kamienicy
przypomina deltę rzeki
której nie ma na mapach
w szczelinie między cegłą a wapnem
można by schować
całą wiedzę o minionym lecie
gdyby istniał język
wystarczająco cichy
cierpliwość przedmiotów jest zdumiewająca
krzesło
porzucona gazeta
niedopity napój
trwają w bezruchu
podczas gdy my biegniemy do terminali
gubiąc po drodze
drobne monety
i ważne daty
czasem jednak
chwile nagłe i gęste
kurz w smudze poranka
układa się w pismo
nie umiemy go odczytać
ale czujemy na karku
jego palący ciężar
wtedy wszystko wydaje się wybaczone
pośpiech
brak tchu
i to
że zawsze jesteśmy
tylko przejazdem