słona wilgoć pod kołnierzem
asfalt paruje
niebo jak wyprany ortalion i benzyna
krew ciąży w skroniach
język bada krawędź zęba
ostry punkt oparcia w zbyt gładkim świecie
w przejściu podziemnym
perfumy gryzą się z chlorem
ciała zsuwają się w jedną masę
miękką architekturę w sieciówkach
nikt nie patrzy w oczy
pod stopami mięknie grunt
żółte światło rozpuszcza kształty
jarzeniówki brzęczą nad głowami
skurcz mięśnia
dłoń trafia na chłodną poręcz
zaklejeni w pośpiechu
etykieta marszczy się od potu
wracasz do pokoju
klej do paneli trzyma powietrze
dłoń na ścianie
pod tynkiem drżą rury i cudze kroki
lęk wraca
przegryza skórę
pod poliestrem
wciąż coś bije