urodziłem się w kraju
gdzie chleb kroi się cicho
jakby w każdym bochenku
spał ktoś z rodziny
matka nalewała zupę
ojciec milczał przy oknie
a ja uczyłem się świata
w którym nie mówią
nie mówią
potem przyszły miasta
twarze bez imion
i język
coraz mniej mój
dni brzęczały jak drobne
nie starczało
na własne życie
aż pewnego dnia
zrozumiałem
że ojczyzna
nie mieszka w granicach
czasem jest dłonią
która nie puszcza
choć sama
nie ma już siły
czasem głosem
pytającym
czy jadłem
psem
śpiącym pod stołem
jak mały dowód
że jeszcze warto wracać
nie chcę pomnika
ani nazwiska
wyrytego twardziej
niż byłem
ktoś powie
przy zwykłym stole
był człowiek
niósł swój lęk
i nie zrobił z niego
noża
był człowiek