niebo miało kolor pomyj.
było najgorsze, bo tylko patrzyło.
wieś w gaciach i koszuli,
rozpruta na ganku,
zanim zdążyła pojąć.
niedziela szła do kościoła –
wróciła bez języka,
wleczona za gardło.
matka upchała dzieci pod spódnicę.
płótno nasiąka najszybciej,
kiedy historia wchodzi do izby
z twarzą sąsiada i zapachem wódki.
a teraz wycierają juchę o rękawy.
plują w żywe oczy: to nie nasze noże.
skrobią paznokcie z cudzego mięsa,
ich prawda rzyga czystością.
nie pytaj, czy ziemia pamięta.
ziemia to tłuste, ślepe gardło.
przełyka i milczy.
i tylko lipcowa trawa rośnie niżej.
kuli łeb,
żeby znowu nie ścięli.