kora odchodziła płatami
czarna i lekka
rozpadała się
zanim zdążyłem jej dotknąć
pień oddał dłoni ciepło
jakby ogień nie wiedział
że już się skończył
nie było ptaków
tylko szyszki
pękające jedna po drugiej
i chrząszcz pod korą
wiercący w ciszy
las pachniał mokrym żelazem
i gorzkim dymem
nie zabrałem stamtąd nic
przez kilka dni
wszystko czego dotknąłem
miało słoje