Postawiłem ostatnie pieniądze na czerwone.
Musi kiedyś wypaść czerwone- ale nie wypadło.
Piętnaście razy czarne i zero. To był dobry system,
tylko nie zakładał, że kulka nie ma świadomości
i nie obowiązuje jej rachunek prawdopodobieństwa.
Już prawie świta, przeszukałem dokładnie wszystkie kieszenie, odnajdując kilkanaście złotych. Życie jeszcze nie zasnęło. Znam wszystkie speluny, gdzie piwo leje się strumieniami, czas się zatrzymuje i są oni- dusze tego miasta.
Czarny kot przebiegł mi drogę, już za późno kolego, wpływam do bezpiecznej przystani.
Ściany pokryte są plakatami starych koncertów i zapomnianych filmów, a w tle słychać szum rozmów i śmiech. Barman z cynizmem w oczach i żadnego słowa podał szklankę whisky. Chyba byłem tu wczoraj, albo w tym dniu wcześniej od wczoraj, to przecież nieważne.
Tutaj siedzi cała rzeka łajdaków o pergaminowych twarzach, oczach starych jak monety, błyszczących, lecz bez wartości.
Każda zmarszczka na twarzy to inna historia życia. Chciałem się z nimi zapoznać, dokładnie przyglądając każdej bruździe.
Poczułem silny ból i nie był on empatyczny, tylko zniesmaczenia. Ludzie nie lubią być obserwowani, nie tak nachalnie w swojej oazie spokoju.
Dźwięk rozbitego szkła był ostatnim przed ciemnością.
Obudziłem się przypięty pasami i olbrzymim bólem głowy.
Mogłem zaufać kotu- pomyślałem, tracąc przytomność.