między bramą a kioskiem
bezdomny pluje na chodnik
tam gdzie kot śpi –
wiatr układa mu wąsy
pośpiech łamie obcasy
sznurówki pękają we łzach
ktoś trzaska drzwiami
tramwaj sapie za rogiem
kolejny dzień udaje coś więcej
niż tylko część mechanicznego przemijania –
aż kapie z niego naoliwiona obojętność
widzisz
niebo znów zapomniało słońca
a śmietnik jęknął wiosną