w środku nocy gdy miasto zasypia
gwiazdy pękają cicho w powietrzu
cienie spływają atramentem po ścianach
księżyc przemyka dachami kradnąc sny
twoje dłonie jak poranny szron na klamkach
szukają ciepła w smugach rozciągniętej mgły
oczy utkane z iskier świetlików
rozsypują mrok na delikatne pasma
buty znaczą ślady na zmarzniętej ziemi
latarnie migoczą ospałym rytmem
asfalt błyszczy pękniętym lodem
kroki cichną zbyt lekkie by unieść noc
tramwaj przeciąga się w oddali jak stary pies
światła rwą ciemność na strzępy
twoje słowa osypują się pyłem
opadają miękko jak śnieg na splecione dłonie
świt wychyla się zza horyzontu
rysuje bruzdy na zwiotczałym niebie
miasto ziewa budzi się a my —
milcząc trzymamy chwilę za ostatni rąbek
jakby mogła ocalić to co już prawie zgasło