miłość składa się z pustych kubków
na kuchennym blacie
okruchów wczorajszego chleba
i ciszy co uciska gardło
niczym tępy zimny nóż
czekam w przygaszonym świetle
herbata cierpka od spopielonego milczenia
noc w oknie ślizga się po szkle
niepewna czy ukryć się w mroku
czy zatonąć w powietrzu porwanych szeptów
chciałbym abyś była jedynie
mglistym odciskiem palca na lustrze
który można zetrzeć jednym ruchem
jak pył z krawędzi języka
nim wgryzie się w serce
postanowiłaś zostać w lodówce
gdzie umarły daty ważności
głuchym echem niepisanego listu
drżącym w pustej szklance
jakby czas wstrzymał oddech
złożony w origami tęsknoty
niosę ramiona pod ciężarem
nigdy niewypowiedzianych słów
gestów roztrzaskanych w próżni
niczym skrzydła ćmy o chłodną szybę
twoja nieobecność szepcze
stygmatycznym ostrzem głodu w sercu
uwięzionym chłodem co nigdy nie pęka
łzą zaklętą w źrenicy zegara
odliczającego bezduszne sekundy
a ja — zawieszony między wiarą a pustką
błądzę po brzegu zgaszonego światła
usiłując odjąć cię od siebie
jak cień co nie ma ciała
jednak istnieję w milczącym spojrzeniu
i tęsknię —
składając kocham na nowo