o siódmej rano
czekam w kolejce po chleb
rozpięte kurtki ogorzałe twarze
świadkowie grudniowej wojny
nadzieja drożeje z dnia na dzień
wciąż tańsza niż milczenie
pęczniejące w ścianach
świat pudruje się na biało
z daleka – bajka
z bliska – mokry śnieg
chlupocze w niespełnionym wczoraj
mama pochylona nad rachunkami
szuka równowagi
każda cyfra jak podmuch
z obcej krainy
tata pije herbatę
jego ręce drżą styczniowym wiatrem
gdyż sny o zawałach
pozostają bez ostrzeżeń
na stole porcelana po babci
przetrwała więcej niż my
czas wygładził jej skazy
lśni obietnicą na kredyt
przesuwamy talerze
jakby ruch mógł ukryć
pęknięcia w oddechach
z radia sączą się kolędy
przykrywając trzaski
mama nakłada ciszę
łyżką pełną tęsknoty
pragnie ciepła
i zapachu wiosennych kwiatów
w kącie puste krzesło
pomnik nieobecności
ktoś miał na nim siedzieć
zagubiony w innej walucie
obraz tnie się i migocze
uśmiechnięta pikselowa postać
łamiemy opłatek
tak szorstki w dotyku
choć szukamy iskry ciepła
dłonie stygną szybciej
niż barszcz na stole
mama zasłania twarz
jakby chciała zniknąć w dłoniach
stoimy przy stole
kapusta dusi się w swojej ciszy
a my –
rozsypani jak gruz
sklejamy się w świąteczne pozory
jedynie wigilia wymaga od nas
byśmy byli przez chwilę razem