wchodzę do neonowej świątyni
wlokąc za sobą zmęczenie
z sufitu kapie rytm gorącego powietrza —
mieszanka potu krwi i złudnych obietnic
to miasto przypomina cudowny ogród
tyle że wśród kwiatów wiją się żmije
na gałęziach zamiast jabłek
kołyszą się puszki energetyków
a pod plastikową korą
krąży głód nie do zaspokojenia
na chodniku ślady butów
rysują litery pośpiechu
w okienku fast-foodu uśmiech kasjerki
zastyga między frytkami a szeptem:
„wszystko dzisiaj za grosze — nic nie kosztuje”
rowerzysta zderza się z klaksonem taksówki —
iskrzy agresja
rozlewa się po betonie zasklepia w gardłach
zostawia posmak spalonej gumy
z pękniętych głośników w radiu
wycieka skarga o utraconej miłości
lecz bezimienne twarze mijają ją obojętnie
jakby opłakiwała tylko zmiażdżone puszki
i resztki jedzenia
deptane w brudnej kałuży
przy kasie samoobsługowej
spotykam cień z pragnieniem w oczach
pyta gdzie można kupić spokój
milczę —
nikt go tu przecież nie sprzedaje
w kolejce do bankomatu
ktoś kaszle suchym echem fabryki
a stalowe wnętrze maszyny
pochłania cudze marzenia
i wypluwa zielony papier
o metalicznym zapachu
cały ten świat jest słodko-kwaśny
jak zielone jabłko
które wgryza się w nasze życie
zanim zdążymy nadgryźć je sami
zasypiam wpatrując się w pulsujące neony
obiecany rabat na raj
lecz w snach dudni
migotliwe widmo nowego piekła
wciśnięte w tęczę LED
i czuję że chwytam ten rajski owoc
który zamiast nasycić
rozbudza wieczne pragnienie