niebo pękło jak epileptyczne lustro —
a my dzieci z dłońmi pełnymi szkła
ssiemy cukier z ran księżyca
tańczymy walca na muszlach martwych oceanów
słoneczniki chylą się ku ziemi
szepcząc prochem staniemy się wargami robaków
lecz korzenie pną się w górę
piją deszcz z ołowiu i wrzasku
wiesz czas to tylko szyderczy szewc
łatający dusze nićmi z błyskawic
nocą śpię z uchem przy ziemi
słyszę jak gwiazdy rdzewieją w gardle boga
a ty
ty uczysz mnie oddychać w wodzie
gdzie płoną biblioteki
wiatr przynosi mi twoje listy
każde słowo to czarna róża
rozkwitająca w płucach
kolcami ryjąca apokaliptyczny alfabet
o północy widziałem
jak mój cień odkleja się od stóp
i idzie w stronę lasu
gdzie posągi szepczą wspak
imiona których nigdy nie było
a jednak
gdy światło umiera jak zwierzę w potrzasku
śmieję się szeptem
bo nawet pustka ma swój smak
gorzki jak pierwszy oddech
słodki jak ostatni grzech