pęknięcie horyzontu — skorupka jajka
w środku koliber haftuje ciszę na powiece nocy
igłą tęczówek przeszywając konstelację zaginionych sylab
słońce — wahadło bez ciała — przecina kurz
tkając cienie w alfabet Braille’a
dla ust niezapominających modlitwy
ocean zaciska pięści
sól krzepnie w naszyjnik Andromedy
ryby-słowa przecinają dno
zostawiając srebrne cięcia
dla czytających dnem szklanki
północ rozwija się jak zwój
spalony na brzegach czasu
ćmy piją światło z gardeł latarni
aż rozpuszczą się w niepamięci
a ja piszę twoje imię na wodzie
parującej w stronę księżyca —
jedynego świadka bez języka
w pęknięciu między „było” a „będzie”
płomień wywija kankana
na linie między istnieniem a próżnią
głuchy na oddech niesłyszalny o północy
nasze ciała — popiół wirowany oddechem
tańczyliśmy jak błyski
bez świadomości
że ogień bywa zimny i niemy
czasem myślę że świat to cień
iskry stłumionej w gardle wszechświata —
szept który nie chce być łkaniem
ten wiersz nie ma końca
ma tylko pęknięcie
rosnące w rytm niesłyszalnego oddechu
rozpada się na piasek
ale piasek pamięta kształt dłoni
nawet jeśli dłoń była tylko pragnieniem