Ścieżki porastają pytaniami bez odpowiedzi
a czas – ten stary ogrodnik – drzemie na zardzewiałej ławce.
Liście wirują jak listy od nieobecnych
trawa chowa pod ziemią butelki po zachodzie.
W sadzie jabłka czerwienieją od zawieszonych na gałęziach krzyków
drzewo genealogiczne ma koronę z popękanych imion.
Wiatr gra na płocie pamiętającym dotyk dłoni
i kradnie z uśmiechem daty z kalendarza na gwoździu.
W krzakach bzu stoi strach na wróble w ludzkiej skórze
ma kapelusz ze wspomnień i guziki od milczącego płaszcza.
Dzieciństwo zakopane pod śliwą — kolorowe szkło
teraz tylko korzenie piją łzy z herbacianych fusów.
Stoimy w oknie: on trzyma tacę z niedojedzonymi snami
ona zbiera nożem okruchy chleba z westchnień.
Życie to studnia, gdzie echo zbiera monety
ale nikt nie woła „Jestem!” tylko „Kto tam?” w ciemności.
Może to my jesteśmy ogrodem po sezonie?
Gdzie róża kwitnie kolcami, a motyle uczą się palić.
Gdzie niebo pisze list miłosny atramentem z piorunów
a koperta czeka, choć dumni nigdy nie wyślemy słabości.