Pług przeciął ospałe pole —
w bruzdach pulsuje rdza i wilgotna ziemia.
Wiatr zbiera okruchy modlitw z rozdartej gleby
układa w krąg, nim zmierzch połknie horyzont.
W zagrodzie studnia śpiewa szorstkim głosem
a woda — lustro, w którym przegląda się wieczność.
Dzieci biegają ścieżką pamiętającą ich dziadków
gdy buty stawały się korzeniami.
W stodole pajęczyna tka historię z ciszy:
słoma, sierp, garść ziaren w kieszeni nieboszczyka.
Ściany przechowują szepty zimowych nocy
gdy mróz gryzł belki, a duszom brakowało tchu.
Pod płotem pies zakopuje odnalezione kości
szuka w nich smaku zapomnianych lat.
Chmury skraplają litanie na kamieniach
lecz litery rozmywają się, zanim świt odczyta.
Babcia zgarnia popiół z pieca —
to ślad po dniach spopielonych w milczeniu.
Dłonie jej drżą jak październikowe liście jabłoni
gdy owoc staje się ciężarem bez dłoni.
Zostaniemy tu: w pęknięciach glinianych garnków
w cieniu lipy zliczającej nasze oddechy.
A ziemia, niczym księga otwarta na wietrze,
zamyka stronę za stroną — bez słowa.