Rzuciłem w niebo kamyk –
Bóg złapał go w locie
schował do kieszeni
gdzie dźwięk psalmu gaśnie.
W oknie koszula drży
pusta jak okno bez światła.
Noc wciska w nią ciało
ale nie w moje.
Wino krzepnie w szklance
strup bez krwi i winy.
Dziś znów nie umrę –
Śmierć ma skamieniałą twarz.
Poświata latarni błyszczy
na twardej ziemi niczym szkło.
Położył się bezdomny pies
o wszystkich moich imionach.