piekarz otwiera drzwi świt pachnie chlebem
para z bochenków unosi się jak welon
słońce przecieka złotą nitką
między płytami chodnika
dziecko na trzepaku kreśli ósemki
wiatr kruszy śmiech na ćwiartki
kot przemyka pod płotem
gubiąc niespełnione obietnice
w budce z gazetami mężczyzna
składa żurawie z nagłówków
skrzydła z niedomkniętych pytań
osiadają na dłoniach
w kałuży odbija się niebo —
szklany talerz pełen błękitu
lekki ruch marszczy taflę
światło ślizga się po wodzie
starsza pani niesie w siatce
pomidory czerwone jak światło stopu
życie mruga na zielono
lecz czasem zamiera w żółtym westchnieniu
jakby nie wiedziało – iść czy czekać