Nad rzeką, tuż przed świtem, jeszcze nie rozlała się barwa po murach, a już słychać jak sunie łódź bez wioseł, bez celu.
Zostawia w wodzie linie jak zmarszczki na dłoni ślepego.
Ktoś idzie wzdłuż brzegu z siatką, w której coś się kołysze.
Może ryba, może światło, może noc w słoiku.
Most jeszcze ciemny, a już pod nim zawiązują się rozmowy dusz zbłąkanych.
Między śmieciem a skrawkiem gazety ktoś zgubił fragment imienia.
Na zdjęciu twarz, której nikt nie rozpozna
ale oczy jakby znajome.
Świt — bez pośpiechu — rozpina się na niebie jak guzik na szyi starca przed ostatnim nabożeństwem. Ktoś zrzuca kołdrę w oknie na trzecim, i wygląda nie wiadomo po co.
Może żeby sprawdzić, czy świat dalej oddycha.
A rzeka płynie, jakby w niej ukryto milczenie
którego nie uniosą żadne modlitwy.