urodziła mnie między zlewem a piątą rano
z mlekiem kwaśnym od cudzych snów
w ustach miała śrubki
z których składała słowo „kocham”
jej ciało było wykresem strat
każda blizna miała moje imię
a ja dorastałem w cieniu
jak broń ukryta w szufladzie
matka nie mówiła: żyj
mówiła: nie płacz, bo usłyszą
nie bój się, bo przyjdą
nie krzycz, bo zostaniesz
przyszywała mi dzień do skóry
żebym nie spadł
jak jej nadzieje
gdy odchodziłem –
nie całowała
tylko spluwała w ziemię
żeby mnie oddać czystego
i tylko raz
złamała głos
jak zapałkę:
ty i tak umrzesz pierwszy