Stali jak zwykle –
w ciszy, której nikt nie nazwał modlitwą.
Jedni z rękami w kieszeniach
inni ze wzrokiem wbitym w podeszwy.
Niektórzy próbowali zagadać.
O pogodzie
o tym, że chyba dziś szybciej idzie
albo nie tak wyobrażali sobie niebo.
Ktoś zapytał, czy to na pewno tu.
Ktoś inny, czy można wrócić
ale bez odpowiedzi –
kolejka przesuwała się powoli.
Z góry nie spadał żaden głos.
Żadna harfa
żadne „oto twoje czyny”.
Tylko kurz na butach
i uczucie, że się zapomniało dowód.
A jednak czekali.
Numerki w dłoniach jak talizmany
nikt nie narzekał
jakby w tej kolejce
nie było nikogo pierwszego
ani ostatniego.