metalowy łuk w kieszeni ciemnej —
otwiera dni zardzewiałe na głucho.
drży w dłoni jak skrzydło bezpiórne
bywa też martwym odłamkiem czasu.
drzwi nieraz pękają od złudzeń
często są murem bez okien, bez słów.
a on — tylko znak, że progi nie kąsają
że można wejść, choć nie wiesz, czy warto.
nie pyta, nie sądzi — czeka.
gotów na powrót, na exodus, na dno.
wisi przy sercu jak święty medalik
między świtem a nocą bez imienia.
wytarty do blasku od ciągłego dotyku
porysowany od upadków i ciosów.
nie mówi nic, choć zna wszystkie języki —
płacz o trzeciej, szept o piątej, krzyk o północy.
szepcze tylko: jeszcze
gdy światło umiera w przedpokoju.
kiedyś zostawię go w obcym domu
zapukam do siebie — i usłyszę: nie ma go.
proszę, niech pani powie, że mnie nigdy nie było —
a ja odejdę tam
gdzie klucze rodzą się z płomienia
i zamykają na zawsze to, czego nie ma.