urodziłem się w języku
nie pytając o zgodę
dostałem spółgłoski jak dziadkowe guziki
samogłoski — po matce
bo umiała oddychać ciszą
mówili „to piękna mowa”
więc nie wypadało
klnąć przy obiedzie
ani zbyt często mówić „nie wiem”
słów uczyłem się jak pacierza
później zgubiłem połowę
bo nie pasowały do nowych twarzy
kiedyś powiedziałem „miłość”
usłyszałem „brzmi poważnie”
zamieniłem na „lubię”
potem na „ok”
teraz tylko kiwam głową
język jest jak bilet
niby mój
ale muszę go skasować
żeby być
nie wiem
czy to ja mówię językiem
czy on mówi mną
gdy milczę z uprzejmości
ale jeśli kiedyś zamilknę
nie z braku słów
lecz z ich nadmiaru