przyszedł w filcowych kapciach
z podeszwą startą do szeptu
taszczył torbę zbutwiałą od deszczu
szare listy spięte nicią
pieczęć wciąż nie pękła
wślizgnął się na krzesło
w ślepym kącie kuchni
rozsypywał cukier
kryształy tak blade
że parzyły już z oddali
pragnąłem wyrzucić go wiatrem
zasunąć czas jak okiennice
lecz był szronem na szybie
znał pęknięcia murów
żyły snów wijące się pod skórą
wzrastał w korzeniach
czaił się w poranku
podlewał pelargonie
aż nie chciały rosnąć
gładził odbicie w lustrze
czytał ze mnie głos
który dawno zamilkł
aż wreszcie
bez słów
owinął mnie wilgocią
jak płaszczem
nie zdejmę do świtu