Kategorie
Post

Rapsod o szarych godzinach

Niebo w kolorze utlenionej miedzi,
przeciągnięte nisko nad dachami z papy.
Tutaj hymnem jest pulsowanie fabrycznych kominów,
a wiatr zamiast pyłków niesie sadzę i strzępy cudzych rozmów.
Gołębie o stalowych oczach dziobią resztki dnia
na parapetach, obojętne jak pomniejsi bogowie.

W pokoju, gdzie czas kapie z nieszczelnego kranu,
a powietrze pachnie wczorajszą gazetą,
zegar odmierza tylko następny wdech.
Przez cienką ścianę płynie obca, syntetyczna melodia,
śmiech z serialu, który widziałem już tysiąc razy,
albo widział go ktoś do mnie podobny. To bez znaczenia.

Historia to palimpsest na murach starych kamienic,
gdzie pod nowym graffiti krwawi ślad po kulach.
Pomnik bezimiennego wodza w parku
ma na głowie foliową torbę jak całun,
dar wiatru i obojętności.
Jego kamienne oczy patrzą na puste ławki
i nie widzą nic.

Pytałem w myślach: Po co te ręce,
skoro nie ma czego budować, ni kogo objąć?
Po co te usta, skoro każde słowo
rozpada się w pył, nim dotrze do słuchacza?
Odpowiedzią był tylko suchy kaszel
silnika autobusu, ruszającego z pętli.

A więc tak to wygląda. Bez fajerwerków i bez dramatu.
Tak się właśnie dopala
popołudnie, rok, stulecie.
Neon nad barem, gasnący i siny,
mruga ostatnią, bezsensowną sylabą
w pustkę. I nic więcej.