stoimy jeden za drugim
jak cyfry w bardzo długiej
liczbie której nikt nie zapamięta
każdy ma swoją prywatną grawitację
ciągnącą w dół do butów
do myśli o rachunku
cieknącym kranie telefonie który nie zadzwonił
pani w futrze wzdycha
jakby wypuszczała z płuc cały miniony tydzień
chłopak w słuchawkach podryguje nogą
w rytm niesłyszanej nikomu muzyki –
wewnętrzny metronom na granicy sztormu
mężczyzna z teczką omiata wzrokiem sufit
może szuka tam sensu a może tylko pęknięcia
podobnego kształtem do zmartwień
nikt tu nie jest sobą z dowodu osobistego
jesteśmy sumą spojrzeń wbitych w podłogę
cierpliwością na wyczerpaniu
nadzieją że okienko obok otworzy się pierwsze
łączy nas więcej niż wspólny adres –
ten sam urywek czasu wycięty tępymi nożyczkami
ta sama przestrzeń mierzona w krokach
od tego co było do tego co będzie
za numerkiem osiemdziesiąt siedem
a kiedy przychodzi nasza kolej
podchodzimy niczym zmartwychwstali
z jedną małą ludzką sprawą
śmiesznie niecierpiącą zwłoki