Inspiracją do popełnienia tego minieseju był wiersz Wisławy Szymborskiej „Cebula”.
Cebula jest inna. Nie ma wnętrzności, ale też nie ma zewnętrzności. Powtarza się. Powłoka, a pod nią identyczna, bledsza. Kręgi na wodzie, których nikt nie narysował. Nie ma niczego, co można by nazwać sednem, ani skarbu do odkopania — nawet z obłędem poszukiwacza złota. Jest pusta przy tej dającej do myślenia obfitości warstw. Niemal okrągłe rozczarowanie. Sama dowodzi, że gdyby obrać ją do końca, zostałoby tylko powietrze i poczucie straty. To już nie przypomina słodkich obietnic brzoskwini ani pestki. Tymczasem, krojąc ją, płaczemy. Nie z żalu, nie ze wzruszenia. To jej chemiczna, bezlitosna riposta na nasz wścibski zwyczaj rozbierania rzeczy na części pierwsze i szukania tam na siłę jakiejś duszy. A w nas pod każdą warstwą nie czeka symetria, tylko pęknięcia. Cebula — czysta anarchia wobec naszych złudzeń.