beton łapczywie pije deszcz
jakby chciał zmyć z siebie topografię naszych kolan
miasto to wielkie żelbetowe płucoserce
w którym krew ma kolor neonu
i zapach stygnącego asfaltu
stoję w przejściu podziemnym
moja twarz jest tylko powidokiem
na brudnej szybie automatu
który za dwa złote obiecuje kawę
a daje wrzątek i pustkę
jestem sumą niewysłanych maili
i biletów miesięcznych
skatologią drobnych gestów
przez nikogo niezapisanych
jeśli bóg istnieje
siedzi w serwerowniach zaplątany w kable
licząc bity wzmożonego zmęczenia
albo jest gołębiem z urwaną nogą
na peronie czwartym
dziobiącym niedopałek
wierząc że to ziarno
kładę dłoń na poręczy ruchomych schodów
czuję jak czas przesuwa się pod palcami
szorstki rytmiczny obojętny
nie ma wielkich pytań
są tylko źle domknięte okna
przez które ucieka ciepło
i resztki sensu
wszechświat nocą nie krzyczy
tylko obserwuje nas cicho
jak sąsiadka
gdy wracam nad ranem do domu
budzę się
i nagle rozumiem
że moje ciało to tymczasowe mieszkanie
wynajęte
bez możliwości przedłużenia umowy