dzieciństwo nie zaczyna się od narodzin
tylko od pierwszego zdziwienia
że ręka należy do mnie
a ból potrafi zostać
byłem mały
czyli cały świat mieścił się na dłoni
i jeszcze nie wiedziałem
jak rzeczy znikają bez śladu
podwórko było teorią wszystkiego
każda rysa udawała mapę
a radość z nowego dnia
czyniła ze mnie odkrywcę
dorośli mówili językiem
który często był obcy
sens trafiał się przypadkiem
milczenie było regułą
zapachy wracają bez pytania
zatrzymują mnie w progu
gdzie czas krąży
cierpliwie
aż słabnę
ciało nie było problemem
raczej dowodem
że można biec
upadać
i wstawać
bez tłumaczeń
pierwsze ciche pęknięcie
nie zostało nazwane
później przyszło zrozumienie
nie wszystko da się cofnąć
wiedza smakuje siniakami
dzieciństwo nie znika
zmienia adres
pojawia się w głosie
który nagle nie słucha
w odruchu wiary
szybszej niż myśl
jest we mnie nadal
nie jako wspomnienie
raczej brak czegoś prostego
niczym oddech
zanim nauczyłem się
go pilnować
czasem kiedy wszystko pęka
wracam tam na chwilę
nie po ratunek
tylko pewność
że byłem kimś
zanim stałem się sobą