Na skraju lasu stała kaplica,
bez krzyża i bez drzwi.
Ludzie omijali ją nocą,
jakby wiedzieli więcej, niż chcą.
Tam pasł bydło Maciej,
co śmiał się z cudzych łez.
Mówił:
— Bóg nie chodzi po błocie,
a sumienie to strach dla biednych.
Raz, gdy burza przyszła od wschodu,
a niebo pękło jak glina,
zobaczył w lesie dziewczynę,
jasną,
jakby świat jej nie pamiętał.
— Pomóż — powiedziała. —
Zgubiłam drogę i imię.
Maciej zaśmiał się głośno:
— Każdy coś gubi.
Nie każdy szuka.
Wtedy wiatr ustał,
drzewa pochyliły karki,
a kaplica jęknęła jak zwierzę.
— Macieju — powiedział las.
— Macieju — odpowiedziała ziemia.
— Dziewięć kręgów ma pamięć.
Ostatni — dla kpin.
Rano znaleźli go przy kaplicy,
z ustami pełnymi popiołu
i oczami,
które nie chciały się zamknąć.
A dziewczyna wróciła do lasu,
zabrała imię.
Zostawiła ciszę.
Od tamtej pory mówią starzy,
że kto szydzi z cudzej prośby,
ten modli się później
bez słów.