sen nie zaczyna się od zamknięcia oczu
raczej od utraty składni
rzeczy łączą się
nie pytając o zgodę
czasownik nagle pasuje
do wszystkiego
idę przez zdanie
bez orzeczenia
sens wyprzedza przypadki
i gubi kierunek
twarz kogoś
kogo nie znam
jest mi bliższa
niż to
jak się nazywam
język próbuje nadążyć
ale ślizga się
po znaczeniach
jak na mokrych schodach
słowo „teraz”
trwa zbyt długo
a „wcześniej”
wraca bez zapowiedzi
budzę się kilka razy
w tym samym śnie
za każdym razem
z innym wyjaśnieniem
pamięć nie zapisuje
tylko miesza
jakby sprawdzała
czy jeszcze wierzę
rano zostaje
uczucie
poza składnią
i zdanie
którego nie umiem powtórzyć
wiem tylko
że było dokładne
jak coś
czego nie da się użyć
na jawie